"Nielegalne." Słowo które młodzi prawnicy kochają a klienci nienawidzą.

"Nielegalne." Słowo które młodzi prawnicy kochają a klienci nienawidzą.

Z wiekiem przestajesz operować czarno-białym systemem. Zaczynasz operować prawdopodobieństwem i skutkami. I nagle okazuje się że większość pytań które zadaje biznes w ogóle nie dotyczy tego czy coś jest legalne.


Dawno nie użyłem słowa "nielegalne" w rozmowie z klientem.

Nie dlatego że prawo się zmieniło. Nie dlatego że stałem się mniej skrupulatny. Dlatego że z doświadczeniem przyszło zrozumienie czego klient naprawdę pyta – i że odpowiedź "nielegalne" na to pytanie prawie nigdy nie jest odpowiedzią której szuka.

Pamiętam siebie kilka lat wcześniej. Każde pytanie miało odpowiedź tak albo nie. Każda sytuacja miała kwalifikację zgodna z prawem albo niezgodna z prawem. System był czysty, elegancki i absolutnie bezużyteczny dla kogoś kto musi podjąć decyzję biznesową w poniedziałek rano.


Klient nie pyta czy coś jest legalne

To jest fundamentalne nieporozumienie które niszczy więcej relacji prawnik-klient niż jakikolwiek błąd merytoryczny.

Gdy klient pyta "czy mogę to zrobić" – rzadko pyta o kwalifikację prawną działania. Pyta o trzy zupełnie inne rzeczy jednocześnie.

Czy mogę to zrobić – czyli czy jest jakaś droga żeby to zrealizować i jakie są warunki.

Co mi grozi – czyli jaka jest realna skala ryzyka, nie teoretyczna maksymalna kara z przepisu.

Czy warto – czyli czy korzyść z działania jest większa niż koszt ryzyka.

"Nielegalne" odpowiada na żadne z tych pytań. Zamyka rozmowę zanim się zaczęła. I zostawia klienta dokładnie tam gdzie był – z problemem do rozwiązania i bez informacji które pozwoliłyby mu podjąć decyzję.

Klient który słyszy "nielegalne" nie rezygnuje z pomysłu. Idzie do kolejnego prawnika. Albo do internetu. Albo robi to bez pytania kogokolwiek.

Żadna z tych opcji nie jest lepsza dla niego. Żadna nie jest lepsza dla jego organizacji.


Spektrum ryzyka istnieje czy tego chcemy czy nie

Prawo rzadko jest binarne mimo że lubimy tak o nim myśleć.

Jest działanie które jest zawsze nielegalne niezależnie od okoliczności – i takich sytuacji jest w praktyce biznesowej stosunkowo niewiele. Jest przestrzeń interpretacyjna w której prawnicy się spierają, sądy wydają rozbieżne wyroki a organy nadzorcze mają wytyczne które zmieniają się co kilka lat. I jest ogromna szara strefa działań które są technicznie niezgodne z przepisem ale których prawdopodobieństwo zakwestionowania jest tak niskie że organizacje podejmują to ryzyko świadomie każdego dnia.

IOD który mówi że każde przetwarzanie danych bez udokumentowanej podstawy prawnej jest "nielegalne" ma rację w sensie technicznym. Ale jeśli nie potrafi powiedzieć że ryzyko skargi do UODO w przypadku konkretnego procesu jest bliskie zeru bo podobne działania są powszechną praktyką rynkową którą UODO od lat ignoruje – to jego racja jest akademicka a nie biznesowa.

Klient płaci za ocenę ryzyka. Nie za cytowanie przepisów.


Czego się boimy mówiąc "to zależy"

Jest powód dla którego młodzi prawnicy i młodzi specjaliści compliance uciekają w "nielegalne."

"Nielegalne" jest bezpieczne. Jeśli klient to zrobi i coś pójdzie nie tak – prawnik może powiedzieć "mówiłem." Jeśli klient tego nie zrobi i straci okazję biznesową – nikt nie obwinia prawnika za nadmierną ostrożność.

"Ryzykujesz X przy prawdopodobieństwie Y, a alternatywa wygląda tak" – to jest zdanie które wymaga czegoś znacznie trudniejszego. Wymaga wiedzy. Wymaga doświadczenia żeby ocenić prawdopodobieństwo. I wymaga odwagi żeby wziąć odpowiedzialność za rekomendację której nie można schować za paragrafem.

"Nielegalne" to wymówka ubrana w kompetencję.


Dojrzałość prawnicza nie jest o przepisach

Znajomość przepisów to warunek konieczny ale niewystarczający. To jest tabela wejściowa do analizy – nie jej wynik.

Dojrzałość prawnicza – i szerzej dojrzałość w każdym zawodzie doradczym – polega na czymś innym. Na zdolności do powiedzenia klientowi dokładnie w co gra.

Co oznacza że jeśli zrobi X – może spodziewać się Y z prawdopodobieństwem Z. Że istnieje alternatywa W która realizuje ten sam cel biznesowy przy niższym ryzyku. Że są granice których przekroczyć się nie da i jasne wyjaśnienie dlaczego akurat te granice są twarde.

To jest informacja na której ktoś może podjąć decyzję. I za którą właśnie płaci.

Nie płaci za słowo "nielegalne." To słowo jest za darmo. Znajdzie je w Google.


Granice istnieją. Ale są rzadziej niż myślisz.

Nie mówię że wszystko jest dozwolone jeśli odpowiednio skalkulujesz ryzyko.

Są twarde granice. Działania które są nielegalne niezależnie od prawdopodobieństwa wykrycia, niezależnie od skali korzyści i niezależnie od tego jak bardzo klient chciałby usłyszeć inną odpowiedź. W takich przypadkach "nie" jest jedyną właściwą odpowiedzią i żadna analiza ryzyka jej nie zmienia.

Ale tych przypadków w codziennej praktyce biznesowej jest mniej niż się wydaje.

Większość pytań które zadaje biznes leży gdzieś na spektrum. Szara strefa interpretacyjna. Praktyka rynkowa która wyprzedza regulacje. Przepis który istnieje ale którego egzekwowanie jest sporadyczne. Wytyczne organu które są miękkie i niewiążące. Orzecznictwo które się kształtuje.

Powiedzenie "to zależy" w odpowiedzi na takie pytania i rozwinięcie od czego to zależy – to jest właśnie ta praca dla której klient siedzi po drugiej stronie stołu.


Co zmieniło się u mnie

Przez pierwsze lata w tej branży operowałem głównie pierwszą kategorią. Wszystko co nie było wprost dozwolone było potencjalnie nielegalne i tak to komunikowałem.

Z czasem – przez obserwację jak decyzje są naprawdę podejmowane, przez własne błędy, przez rozmowy z ludźmi którzy robili to dłużej – nauczyłem się że moja rola nie polega na chronieniu się przed odpowiedzialnością przez eskalowanie kategorii ryzyka.

Polega na dawaniu klientowi najlepszej możliwej informacji żeby mógł podjąć najlepszą możliwą decyzję.

Czasem ta informacja brzmi "nie, tej granicy nie przekraczamy." Ale znacznie częściej brzmi "rozumiem co chcesz osiągnąć, oto trzy drogi do tego celu i oto co ryzykujesz na każdej z nich."

Drugie zdanie jest trudniejsze do powiedzenia.

Jest też znacznie bardziej uczciwe.


Artykuł powstał przy wsparciu AI. Weryfikacja merytoryczna i redakcja: Damian Bielecki, Typ od RODO.

Powrót do blogu

Zostaw komentarz